poniedziałek, 5 lipca 2010

miał być kominek........będzie....KOZA

Mówi się, ze lato to sezon ogórkowy,bo niewiele się dzieje, bo jakoś tak wolniej płynie czas i człowiek się rozleniwia....... hmm u mnie zdecydowanie w tym roku sezonu ogórkowego zabrakło, przynajmniej na razie ;-) wszystko toczy się w jakimś wariackim pędzie, który ciężko ogarnąć. Nasze ostatnie 3 tygodnie życia to głównie remontowe i przeprowadzkowe zawirowania, pakowanie i rozpakowywanie, ustawianie, przestawianie, poprawianie i tak w kółko, wszystko to przy akompaniamencie Panów Majsrtow różnej maści, kończących swoje prace, które dawno już miały być skończone.
Nikt nie mówił, ze będzie łatwo, budowanie tudzież remonty to praca na pełen etat i tu monituje do władz naszych o ustanowienie jakichś urlopów budowlanych :-), płatnych oczywiście co by człowiek w spokoju mógł dom postawić i nie zwariować, bo o to nie trudno.....

ja tu gadu gadu......a miało być kominkach..... ale to gwoli wyjaśnienia braku bytności mojej na blogu.....
kilka lat temu, kiedy nawet do głowy mi nie przyszło , że dom będe mieć ( znaczy przyszło ale w marzeniach głębokich) wpadła mi w ręce gazeta wnętrzarska- wersja angielska i oczom mym ukazał się piękny,uroczy,cudny KOMINEK. Od tej pory wiedziałam ze jak tylko będę miała kiedyś dom to tylko z takim kominkiem właśnie, gazeta sobie leżała,co rusz wpadała mi w ręce by utwierdzać mnie w przekonaniu, ze kominek wart jest grzechu. Grzech bym może i popełniła tylko komina brakło i domu brakło. Do czasu...... wiadomo teraźniejszego. Dom się znalazł i komin sie znalazł i nawet nadał sie prawie idealnie,prawie bo zamysł nasz był taki aby postawić kominek ceglany z otwartym paleniskiem i dużą przestrzenią. przestrzeń się znalazła.......... ale komin okazał się być za mały do przestrzeni coż, trzeba było zaradzić inaczej i tak w przestrzeń wpasowała się....... KOZA..... piękna, żeliwna, elegantka.
....ale od początku....

Potrzebne materiały:

1. cegła........ znalazłam....... stan opłakany!!!

2. cegła oczyszczona........ brak............. należało oczyścić, wiec zakasałam rękawy i ......do pracy rodacy ( dwa dni tyrania drucianą szczotą, zdarte palce i paznokcie).....już jest!!!!

3. Pan Kominkowy- znawca budulca i mistrz w swoim fachu - znaleziony......budowa trwa.



4. gips,tynk, farba........... w toku.





5. grande finale - wymarzona,wyczekana, wytęskniona - Koza-kominek!!!


Kominko-Koza......

............teraz pozostaje mi tylko czekać na długie jesienne wieczory......


środa, 16 czerwca 2010

schody,schody,schody.....

Remont w pełni.... dlatego mało mnie tutaj. Ostatni miesiąc sen z powiek, myśli, poczynania zajmowały mi .... schody właśnie!!!!! Te schody, ogromne, szerokie, zamaszyste, piękne, stare.... schody!!!!!
Kłopot w tym, ze schody owe swą piękna urodę skrywały pod okropną czarną, mazistą farbą i farby tej właśnie ja postanowiłam się pozbyć raz na zawsze. Próby wstępne poczynione pół roku wcześniej pokazały, ze farba odchodzi i to całkiem łatwo. Zachęcona faktem tym i pełna zapału zabrałam się do pracy.

Pracy, która okazała się moją "praca syzyfową" być. Bez mała prawie dzień w dzień, w wolnych chwilach skrobałam. Przyjaciele moi: szpachelka szt.1, szlifierka szt.2 ( kątowa i zwykła), papier ścierny - szt. ....... niezliczone ilości, cyklina ręczna- szt.1( to w ostatnim etapie prac stało się bardzo przydatnym kompanem) dzielnie mi pomagali.


Do pewnego etapu, pomimo startych palców,połamanych paznokci, muskułów niczym Pudzian i obolałej każdej innej części ciała, nadal emanowałam optymizmem i wiarą, ze dam radę. Wizja schodów z moich wyobrazen, dodawała mi sił do pracy. Nawet widać było postępy.
Niestety, plan mój poległ w momencie gdy zaczęłam skrobać stopnie, toż to koszmar w realnym życiu był. Farba się mazała, papier ścierny szedł niczym świeże bułeczki.... a ja traciłam nadzieje, zedam rade to zrobic SAMA. Z odsieczą przybył kolega małżonek, wiadomo co chłop to chłop, więcej siły ma, mocniej szlifierkę przyciśnie i pójdzie jak po maśle..... nie poszło :-(

Poddałam się.........

Sama nie dam rady :-(
Musiałam na odsiecz zaprosić Panów Parkieciarzy, co by te moje schody wycyklinowali. Pan przyszedł, popatrzył....... "damy radę" powiedział. Nawet cenę do przełknięcia (z gulem wielkim :-) dla mnie) zaoferował. Przyszli kilka dni później, zaczęli pracować...... a tu co..... schody......schody ........schody. No niby maszyny profesjonalne, artyleria ciężka, miało iść a nie idzie!!!!!! Co robić, co robić????

Jako, ze ja "uparta baba" jestem i jak coś postanowię sobie zrobić, a szczególnie w sprawach wnętrzarskich, to nie ma zmiłuj!!!!! trzeba robić!!!!! Szlifować Panowie, szlifować!!!
Panowie więc stopnie, ja poręcze. Sprzęta pomocne wszelkie nam towarzyszyły, nawet wiertarka ze szczotą pomagała i przyjaciele wczesniej wpomnianii dzieci kibicowały i rodzina cała i znajomi!!! (dziekuję wszystkim za wsparcie)

I wiecie co.......UDAŁO SIĘ!!!!!

Mam piękne schody,takie jak sobie wymyśliłam,wypociłam i wypracowałam.


I nieważne jest to, że obolała jestem od stóp do głów, ze ryczałam nie raz i nie dwa przez "zmorę"moją, ważne jest to ze są....... schody........ schody........schody. :-)
P.S.
Panom Parkieciarzom bardo dziekuję za pomoc.






poniedziałek, 7 czerwca 2010

nowy-stary dom...


Długo ostatnio nie pisałam, nie bedę się tłumaczyć brakiem czasu, którego braknie zawsze i każdemu. Powód jest jeden i dla nas niezaprzeczalnie ważny, jesli nie najważniejszy - DOM!!! Staliśmy się szczęsliwymi posiadaczami DOMU i to DOMU szczególnego, DOMU kryjącego wiele tajemnic i historii, DOMU z tradycjami i pamiątkami.

DOMU, który powstał w latach 1920-tych jako tzw. "letniak" i przechodził wiele metamorfoz, DOMU, w którym mieszkali dziadkowie mojego meża, teraz mieszkają rodzice i niedługo po kończącej się rozbudowie zamieszkamy MY.
DOMU, w którym nasze dziewczyny zamieszkaja jako czwarte pokolenie.


DOMU o jakim zawsze marzylismy.

DOM, który staje się rzeczywisty.


Wybaczcie więc ale będę teraz monotematyczna, jeśli chodzio pisanie, bo pisać będę o DOMU, o tym co i jak robię, a robię dużo...

piątek, 21 maja 2010

Fakty mówią same za siebie - 10-te zdjęcie!!!

Fakt: zostałam wywołana do tablicy przez GUSIĘ z Bocianiego Gniazdka http://bocianiegniazdko.blogspot.com/ do zabawy w 10-te zdjęcie!!!

Fakt: dziekuję bardzo i jestem niezmiernie zaskoczona!!!

Fakt: muszę sprostać wymaganiom i kontynuować fajna zabawę!!!

Fakt: łatwo nie było, bo galeria dosyć spora!!!!

Fakt: udało się!!!!

Fakt: moje 10-te zdjęcie:



Fakt:
Pochodzi z grudnia 2005 roku, a na nim 8-miesięczna Tosia z moją ukochaną, jedyną i najwspanialszą Babcią i swoją Prababcią Marysią.
Niestety wszystkie starsze zdjęcia ....hmm poszły z dymem bo spalił mi się komputer, całe szczęscie były wywołane i zawsze mogę je zeskanować.
Fakt:
Do zabawy zapraszam:
- http://paulasweethome.blogspot.com/

poniedziałek, 17 maja 2010

Mamy Mistrza!!!


Tak, tak, tak, po 17 latach znowu mamy Mistrza Polski!!!
Kolejorz, Kolejorz, Kolejorz!!!!

Jakimś maniakalnym kibicem nie jestem ale w ogóle to jestem, nawet na mecze chadzać mi sie zdarzało, jednak taki sukces to musze uczcić!!!

Brawo chłopaki!!!

poniedziałek, 10 maja 2010

patera i pudełko na sztućce


Pochłonięta zajęciami dnia codziennego, planowaniem zbliżającego się wielkimi krokami remontu (o tym niebawem) czasu na oddanie się pasji malarskiej, przeróbkowej i stworzenia czegoś z niczego ciągle braknie, a tu tyle różności czai się na mnie, czyha w ukryciu i czeka aż je moje oko dojrzy..... i stety- niestety dostrzega. Kupuję, gromadzę, zbieram te moje "przydasie" i zarastam, zagracam wszelkie dostępne miejsca, bo już wiem co z nimi zrobię, tylko niestety robienie się odkładane jest na bliżej nie określony termin, bo zawsze coś jest pilniejszego....

....ale przychodzi taki dzień, kiedy po prostu nie mogę dłużej czekać, bo chęć zrobienia czegokolwiek tak mnie rozpiera, że muszę!!!! Wyjmuję pędzle, farby wieczorową (czytaj nocną) porą, siadam i maluję, maluję do upadłego- aż osiągnę zamierzony efekt . Tak też było z paterą i pojemnikiem na sztućce.

Paterę znalazłam w odwiedzanym składziku u mojej Babci, wykosztowałam się całe 2 zł :-) Pojemnik przeleżał ładnych parę lat w piwnicy a później u mnie w domu czekając na drugie życie, a naczekał się sporo bo podchodziłam do przeróbek chyba z trzy razy. Malowanie, przecieranie, patynowanie, zarwana nocka wszystko to staję się nieważne w momencie gdy kończę pracę i czuję to miłe uczucie zadowolenia, że zrobiłam coś jak chciałam i, że wyszło jak miało wyjść.
Satysfakcja gwarantowana ;-)))


a tak prezentowały się przed....

środa, 28 kwietnia 2010

wieszaczki miśkowe

Dawno, oj dawno nic nie zrobiłam z powodów przyczynowo-skutkowych takich jak: pracy nadmiar - czasu na dłubanie brak!!!! Jednak urodziny małej Nel zmobilizowały mnie bardzo.
Postawiłam w gotowść pędzle, farby, kleje tudzież inne potrzebne sprzęta i do dzieła. Po nocych wyczynach malarskich powstały dwa wieszaczki.


Miśkowo - królikowe, przytulaśne, takie co to się zawsze z dzieciństwem kojarzą i rozczulają bardzo. Mam nadzieję, ze mała Nel bedzie zadowolona.